28 lutego 2017

Rozdział 7

Jedynym miejscem, gdzie Christopher Carraway nie miał przy sobie broni, był dom. Dopiero tam chował pistolet wraz z kaburą na dnie szafy wyjmując wcześniej magazynek, który kład w inne miejsce, dla przezorności.
Chociaż był już po służbie, w cywilnym ubraniu, czuł pod kurtką ciężar broni. Nigdy jeszcze z niej nie korzystał – nie licząc strzelnicy – chociaż zawsze miał ją przy sobie. Tak samo wtedy na stacji, gdy usłyszał krzyk. Brak munduru nie stanowił problemu przy noszeniu uzbrojenia. Były tylko dwa warunku. Pierwszy, bardzo oczywisty, należało mieć zezwolenie na posiadanie broni palnej – co oczywiście obowiązywało także mundurowych. Drugi, już mniej ewidentny, a dla laików czasami nawet kompletnie nieznany, gdy nie masz umundurowania, pistolet musi być ukryty pod ubraniem. Niewidoczny dla nikogo.
Klucze schował do kieszeni kurtki, idąc w stronę, skąd dobiegały go głosy, z każdym jego krokiem stając się coraz głośniejsze i bardziej wyraźne. Był pewien, że kłóci się dwoje ludzi, kobieta i mężczyzna. Być może było tam więcej osób, które nie brały udziały w konwersacji. Zanim skręcił za róg budynku pomyślał, że jeden z głosów brzmi dziwnie znajomo. Widząc dwójkę osób utwierdził się w przekonaniu, że jak najbardziej miał rację. Nie spodziewał się jednak, że właścicielem, czy też raczej właścicielką, znajomego głosu będzie Catherine Ayars. Jeśli dobrze pamiętał, właśnie na tej stacji ją zostawił. Chyba nie spędziła w tym miejscu całego dnia?
Nastolatka i jej towarzysz najwyraźniej jeszcze nie zdawali sobie sprawy z tego, że są obserwowani. Christopher poczuł się jak intruz, ale nie zamierzał się wycofywać. Mina rozmówcy jego sąsiadki wyraźnie świadczyła, że był wściekły. A chwiejna postawała dawała jasno do zrozumienia, że mężczyzna jest pijany. A wściekły i pijany oznaczał również, że był zdolny do wszystkiego. Także do uderzenia nastolatki.
- Przestań się w końcu wtrącać, gówniaro! – warknął pijak, pociągając z butelki spory łyk piwa.
- Masz zostawić moją matkę w spokoju – odpowiedziała nastolatka z zaciętą miną, krzyżując ramiona na piersiach. – Jesteś tylko pieprzonym intruzem w naszym życiu.
Christopher uświadomił sobie, że widział już tego mężczyznę. Niejednokrotnie, gdy wchodził do domu Ayarsów, bądź go opuszczał. Mężczyzna był wysoki, miał lekką nadwagę, a brązowe włosy przyprószone były już siwizną. Kiedy zrobił pijacki krok w stronę Catherine, czerwieniejąc ze złości na twarzy, młody policjant nie mógł tak dłużej stać bezczynnie i ryzykować, że zaraz dojdzie do rękoczynu. Bez wahania stanął pomiędzy dwójką. Pewnie gdyby był zwykłym obywatelem, nadal obserwowałby sytuację rozważając czy się wtrącić czy nie. Bądź w ogóle by nie zareagował słysząc krzyki na tyłach stacji. Jednak praca i odznaka zobowiązywały go do interwencji.
- A ty czego tu szukasz? – wybełkotał mężczyzna z piwem, mrużąc szare oczy. – To sprawa pomiędzy mną a moją córką!
- Nie jestem twoją córką! – usłyszał za plecami wściekły głos i gdy spojrzał przez ramię, zobaczył w brązowych oczach dziewczyny łzy. Zaciskała zęby, nie pozwalając by spłynęły po jej policzkach.
- Pieprzę twoją matkę, więc po części jesteś.
- Idź do samochodu – powiedział pośpiesznie, wciskając w dłoń brunetki kluczyki. W drugiej ręce zaś trzymał policyjną legitymację, którą uniósł do góry. – Posterunkowy Christopher Carraway. Proszę o pokazanie dokumentów.
Gdyby był w mundurze, legitymacja nie byłaby konieczna. Sam strój stanowił główny dowód, że faktycznie był funkcjonariuszem prawa. Jednak będąc w cywilnym stroju, wylegitymowanie się było konieczne. Nawet przed takimi pijaczynami. Odbierając dokumenty tożsamości, zadzwonił do swojego partnera. Wiedział, że Ray Hunter jest jeszcze na komendzie West Precint-Seattle Police Departamen przy 810 Virginia Street. Z tego co wspominał partner, miał do załatwienia papierkową robotę.
- Zapomniałeś czegoś, chłopcze? – usłyszał w słuchawce zamiast powitania i tylko westchnął w duchu. Zastanowił się przez chwilę czy aspirat kiedyś obdarzy go sympatią. Albo był po prostu zbyt młody by zrozumieć Huntera.
Wyjaśnił szybko sprawę, mówiąc imię i nazwisko, które wyczytał z dokumentów. Przez ten czas Richard Crowe zdążył opróżnić do końca piwo, a butelkę wyrzucić do kontenera na śmieci. W ogóle nie przejmował się tym, że przed nim stoi policjant. Christopher usłyszał w tle stukanie w klawiaturę komputera i przeczekał kolejnych kilka sekund, aż w końcu odezwał się Ray.
- Mamy kogoś takiego. Wielokrotnie brany na dołek za bycie pod wpływem alkoholu i awanturowanie. Pogadam z kim trzeba i kogoś do was podeślą. Ale czy ty nie jesteś już poza służbą, młody?
- A czy policjant nie jest cały czas na służbie, aspirancie? – odpowiedział.
Musieli przeczekać zaledwie dziesięć minut, kiedy pod stacje zajechał radiowóz. Dwóch policjantów, którzy byli niedaleko na patrolu, przedstawiło się i Crowe ponownie musiał okazać się dokumentami.
Carraway wrócił więc do samochodu, gdzie czekała na niego jego sąsiadka. Zauważył, że jej oczy są czerwone i napuchnięte od płaczu, ale w żaden sposób tego nie skomentował, bo nie miał prawa. Życie dziewczyny go nie dotyczyło.
- Mam nadzieję, że długo posiedzi – powiedziała tylko, kiedy wyjeżdżał na ulicę, a potem całą drogę do domu przesiedzieli w milczeniu. Ale nie było w tym nic niezręcznego. To była przyjemna cisza.
~*~
Ponownie znalazł się w gabinecie doktor Shannon Paige.
Ile to razy życie człowieka potrafi się zawalić w tak krótkim czasie? Dzień wcześniej dowiedział się, że jego dziewczyna jest w śpiączce. Potem przeżył nieopisane szczęście, że się obudziła. Otworzyła oczy, ściskała lekko jego palce. Wyraźnie to czuł. A potem? Potem się dowiedział, że to nic nie znaczy. Nic nie znaczy!
Życie to pieprzona huśtawka. Raz masz pod górkę a potem spadasz gwałtownie w dół. Tylko, żeby być u góry, musisz się postarać i włożyć w to mnóstwo wysiłku. A gdy chodzi o drugą stronę, nie trzeba zbyt wiele robić i spadasz w dół z impetem. Każdy następny upadek boli się coraz bardziej. Oczywiście mówią, że potem stajesz się silniejszy. O ile dasz radę znów się wspiąć na szczyt.
Tym razem doktor Paige nie robiła problemów i od razu zaprosiła go do swojego gabinetu, gdzie zamierzała mu wszystko wyjaśnić. W końcu był policjantem, a nie lekarzem i nie wiedział na temat śpiączki wszystkiego. A pomimo to i tak nie mieściło mu się, że ktoś w śpiączce jest w stanie otworzyć oczy i ścisnąć rękę. Jak przez mgłę pamiętał, że podczas poprzedniej rozmowy kobieta wspominała coś na temat minimalnych ruchów czy czegoś w tym stylu. Jednak był w zbyt wielkim szoku by sobie przypomnieć cokolwiek sensowego, złożyć odpowiednio elementy układanki.
Przykro mi… Catherine się nie obudziła.
To nic nie znaczyło.
- Niech mi pani wytłumaczy – zaczął bezbarwnym tonem, wpatrując się w Shannon. – Jakim cudem Catherine otworzyła oczy, ale się nie obudziła?
- Już panu tłumaczyłam, że pańska dziewczyna przeszła w stan wegetatywny. I tłumaczyłam, że może dojść do nieplanowanych ruchów. Tak jest i w tym przypadku. Panna Ayars otworzyła oczy i, jak pan twierdzi, zacisnęła palce. Zrobiła to niekontrolowanie. Na tym właśnie polega stan wegetatywny – westchnęła cicho, zaciskając palce na nasadzie nosa, jakby czymś wyjątkowo zmęczona. Może miała ciężką operacje? Christophera to nie obchodziło. – Jest to dla niej na korzyść, panie Carraway. Catherine samodzielnie oddycha, więc nie musimy jej podłączać i żadne maszyny nie robią tego za nią.
- Czyli to może się powtórzyć? Może znów otworzyć oczy?
- Jak najbardziej. – Kobieta skinęła głową. – Jak panu tłumaczyłam wcześniej, może to trwać krótko, ale…
- Może trwać też latami – dokończył za nią, gdy jeden element układanki z ich poprzedniej rozmowy wpadł na swoje miejsce. – Może to się zakończyć przebudzeniem albo śmiercią – dodał, zaciskając pięści.
Nie odpowiedziała, ani nawet nie kiwała głową. Nie musiała. Ta część chyba wyryła się w jego pamięci najbardziej, niczym neon nad wejściem do nocnego klubu.
- To jest stan wegetatywny, panie Carraway. Już panu tłumaczyłam co to oznacza. Nic nie możemy na tym etapie powiedzieć ani zagwarantować. – Rozłożyła ramiona. – To jak ruletka, los na loterii. Może wygrać albo…
- Albo przegrać – dokończył, przerywając jej w połowie zdania.
Mogłaby przegrać, a on wtedy straciłby wszystko.
Musiał wierzyć, że będzie wystarczająco silna.
Ich rozmowę przerwał pisk, który okazał się być pagerem lekarki. Gdy tylko odczytała coś z małego ekranu, szybko podniosła się z fotela i ruszyła do drzwi. Zatrzymała się tylko na moment, by spojrzeć na Christophera i w pośpiechu rzucić:
- Jeśli ma pan jeszcze jakieś pytania, porozmawiamy później.
I wybiegła z gabinetu.
- Szybciej, szybciej! – usłyszał z korytarza czyjś głos.
Nie miał wyboru, więc się podniósł i wyszedł za doktor Paige. Zobaczył jak kobieta biegnie korytarzem i po chwili z windy wybiegły pielęgniarki, wioząc na szpitalnym łóżku kobietę, którą inkubowano. Zauważył krew na ubraniu poszkodowanej oraz na materacu. Nieznajoma była nieprzytomna oraz blada. Zdążył to zauważyć, gdy sanitariuszki przebiegły obok niego, pchając łóżko, a doktor Paige wydawała głośno jakieś polecenia, których kompletnie nie rozumiał.
- Ciśnienie siedemdziesiąt na czterdzieści!
- Jakie jest tętno?
- Sto pięćdziesiąt!
- Niech ktoś wezwie doktora Marshalla! Będę potrzebowała jego pomocy! Kroplówka na maksimum!
Choć był policjantem od kilku lat i takie widoki, a nawet gorsze, nie były mu wcale obce, zrobiło mu się słabo. Uświadomił sobie, że kilka tygodni wcześniej, gdy był na szkoleniu to Catherine wieziono na takim samym łóżku, pewnie w takim samym pośpiechu. Być może ją także intubowano i była w podobnym stanie co ta nieznana mu kobieta. I nic nie mógł poradzić na to, że wyobraźnia płatała mu figle i zamiast nieznajomej ujrzał swoją dziewczynę.
Stał pośrodku korytarze jeszcze przez parę minut, pomimo iż część personelu szpitala, zajęta nową pacjentką, wraz z ranną zniknęli mu z oczu. Po chwili przebiegł obok niego mężczyzna, na którego nie zwrócił uwagi. Gdy już w pełni się otrząsnął, poszedł do sali sto dwanaście, gdzie leżała Catherine Ayars i gdzie drugie łóżko było puste. Maleńka część jego umysłu zastanowiła się czy nie położą tu kobiety, którą niedawno przywieziono na oddział w stanie najprawdopodobniej ciężkim, z tego co zauważył, ale przecież nie był lekarzem. To było nieważne, ale chyba tak już było, że człowiek chce uciec od swoich problemów chociaż na moment, rozmyślając o różnych błahostkach również takich, które go wcale nie dotyczą.
Tak było łatwiej. Choć niekoniecznie lepiej.
Usiadł na krześle i wziął dziewczynę za rękę. Przez kilka przedłużających się sekund wstrzymywał oddech spodziewając się, że poczuje znów delikatny ucisk jej szczupłych palców i zobaczy  jak jej powieki się unoszą. Czekał. Ale nic takiego nie miało miejsca. Wypuścił powoli wstrzymywane powietrze czując jednocześnie żal i ulgę.
Żal, bo gdyby ponownie pojawiły się u niej tak zwane niekontrolowane ruchy, oznaczałoby to, że ona ciągle walczy – w co nigdy nie zamierzał wątpić – a przynajmniej miał taką nadzieję, że takie symptomy właśnie na to wskazywały. Nie miał szansy się o to zapytać, bo lekarka Catherine została pilnie wezwana i musiała się zająć tamtą kobietą.
Ulgę, bo gdyby znów otworzyła oczy i zrobiłaby jakikolwiek inny ruch, ponownie miałby ogromne nadzieje, że to coś więcej niż tych objawy stanu wegetatywnego. Myślałby, że jednak się obudziła i do niego wróciła. A potem znów mógłby się niemile rozczarować. Jak na tak krótki czas, na razie powinno mu wystarczyć upadków.
Nawet nie wiedział, kiedy upłynęło parę godzin. Zdał sobie z tego sprawę dopiero, gdy weszła pielęgniarka by zmienić Catherine kroplówkę i zmierzyć temperaturę zanim skończy swoją zmianę. Spojrzawszy na zegar w telefonie zdał sobie sprawę, że dochodziła czternasta. Miał do załatwienia sprawę, ale nie chciał opuszczać dziewczyny. Powinien siedzieć przy niej dzień i noc. Niestety życie to nie film czy książka i musiał stawić czoła obowiązkom. Ale nie tylko to musiał załatwić.
- Wrócę – wyszeptał, składając pocałunek na jej czole i cicho westchnął, ściskając jej dłoń. – Jeszcze dzisiaj. Obiecuję.
Jeśli coś będzie się działo, jego numer był podany już dawno. Pewnie dowiedziałby się o wypadku pierwszy, gdyby nie to, że był na tym szkoleniu. Wtedy cieszył się, że na nie wyjeżdża, bo zdobędzie nowe doświadczenie, stanie się lepszym policjantem. Ale w tamtej chwili niczego nie żałował tak bardzo jak tego przeklętego wyjazdu. Wiadomo, że nie ma co się zastanawiać Co by było gdyby? ale nie mógł się powstrzymać, bo może gdyby jednak nie wyjechał, nic złego by się nie stało. Może w tamtej chwili byliby razem, może nawet w innym miejscu. A nawet jeśli byliby na tamtej ulicy niewykluczone, że zdołałby ją ocalić. A nuż by się udało.
Tyle, że czasu nie można cofnąć. Nie może zostać w domu zamiast wyjechać na szkolenie setki kilometrów od domu. Nie może zapobiec wypadkowi i uchronić Catherine od śpiączki. Co się stało, już się nie odstanie. Cofanie w czasie to tylko rzecz wymyślona przez marzycieli. Jednak gdyby ktoś odkrył taką maszynę, Christopher byłby mu bardzo wdzięczny. Ilu ludziom ułatwiłoby to wtedy życie?
Z ociąganiem opuścił jej salę. Wiedział jednak, że myślami został przy łóżku dziewczynie. Będzie się martwił, że coś przegapi. Że stanie się coś, a jego nie będzie przy niej. Na przykład się obudzi, bo innej opcji nie był w stanie zaakceptować.
Jeszcze nie.
Czekając na taksówkę, wpatrywał się w numer, marszcząc brwi. Trzymał kciuk nad narysowaną zieloną słuchawką na ekranie. Wiedział jak działa policja. Sam w końcu był jednym z nich. W końcu jej sprawa zostanie odłożona na półkę. A skoro minęło już tyle i sprawca nie został schwytany, być może nie zdołają go znaleźć. Nie będzie mógł sam prowadzić śledztwa. Znał procedury. Odsuną go od tej sprawy, bo tak należało. Rzadko kiedy policjant mógł prowadzić sprawę, z którą coś go łączyło. Na przykład jeśli był z ofiarą.
Bo właśnie tym była Catherine Ayars dla policji. Ofiarą.
Musiał się też dowiedzieć czy sprawa była prowadzona przez policjantów z komendy, w której pracował. Najprawdopodobniej. Pod warunkiem, że wypadek miał miejsce w miejscu, które podchodziło pod ich jurysdykcję. Zdał sobie sprawę, że pod tym kątem praktycznie nie znał sprawy. Wiedział jednak, jak się dowiedzieć wszystkiego. Wystarczyło…
Wcisnął zieloną słuchawkę i przycisnął telefon do ucha, wsłuchując się w sygnały i wpatrując w przejeżdżające samochody, ludzi przechadzających się chodnikiem. Samych, z dziećmi, z psami i… z drugimi połówkami.
Jakie to zabawne. Człowiek żyje własnym życiem, być może jest szczęśliwy. Żyje w bańce szczęścia i tego wszystkiego, co on miał niedawno. Przechodzimy obok ludzi, których twarzy nawet nie zapamiętujemy. Wyglądają dla nas zwyczajnie. Ich wygląd miga w naszej pamięci może przez ułamek sekundy i idziemy dalej. A może osoba, którą mijałeś, myśli o samobójstwie? Albo gorzej, o morderstwie? A może on minie osobę na ulicy, która potrąciła Catherine i o tym nie będzie wiedział? Będzie dla niego tylko kolejną twarzą, której nie będzie pamiętał.
Czuł się tak, jakby oglądał świat na ekranie telewizora. Pokręcił na siebie głową i rozejrzał się za taksówką. Najpierw pojedzie po swój samochód, a potem…
- Halo? – Jego rozmyślania przerwał głos w słuchawce. Brzmiał tak samo, jak go zapamiętał. I nadal był zachrypnięty od dymu papierosowego. – Dawno do mnie nie dzwoniłeś, chłopcze. Czy coś się stało?
Przez chwilę milczał, zaciskając palce na słuchawce. Nie musiał się zastanawiać czy dobrze zrobił, dzwoniąc pod ten numer. Ufał swemu rozmówcy. Wiedział, że będzie z nim szczery i niczego przed nim nie zatai. Kiedy tylko on się czegoś dowie, Christopher również będzie o tym wiedział. Lecz nie chodziło jedynie o to. Carraway ufał mu na tyle, żeby wiedzieć, że mężczyzna da z siebie wszystko i będzie wykonywał swoją pracę sumiennie, aż w końcu dowie się prawdy. Zawsze istniał jakiś sposób by dojść do wyjaśnień.
- Potrzebuję twojej pomocy – powiedział w końcu.
- Będę czekał na ciebie w swoim gabinecie, chłopcze. Znasz adres.



Jestem strasznym leniem, wiem to. Ale wiecie, czasami wpadam w fazę, kiedy nie wiem co napisać, a czasem mam tak, że sprzątam, a w mojej głowie powstaje słowo po słowie akapit i dalej pisanie mi jakoś leci. Tak było właśnie i tym razem. Biorę wtedy zeszyt i piszę, aż w końcu nie wiem co ma być dalej i odkładam, by nie było głupot. Chyba jestem usatysfakcjonowana rozdziałem. I końcówką – co jest początkiem akcji, ale też pomysłem, który powstał w mojej głowie zupełnie niedawno. Kilka dni temu, gdy uzupełniałam swoje notatki w zeszycie. Co mogę jeszcze powiedzieć? Mam nadzieję, że wam również się spodoba.

Pozdrawiam,
Mrs.Cross!

3 komentarze:

  1. Chris po raz drugi tego samego dnia spotkał Catherinę. Dobrze się stało, że przejeżdżał obok tamtego miejsca. Nie wiadomo co by się stało, gdyby Catherine dłużej została z tamtym mężczyzną. Tak sobie myślę, że to przed nim mogła uciec z domu.
    Nie dziwię się Chrisowi, że te ruchy Catherine mogły go zmylić. To naprawdę wyglądało tak jakby miała się obudzić. No i nie wiedział jeszcze, że to było niekontrolowane.
    Widać, że cały czas wierzy w wybudzenie Catherine. Tylko ciekawe czy Catherine dalej będzie walczyć.
    Jestem ciekawa jak wygląda sprawa Catherine ze strony policji. Będą szukać dalej sprawcy czy zostawią to śledztwo.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chris. Jaki przykłady i porządny pan policjant. No no. Aż miło poczytać o tym, jak to zawsze jest gotowy pomóc ludziom. Niezależnie od tego, czy jest na służbie. Lubię go takiego. Albo w sumie... Ja go takiego uwielbiam. Taki pomocny i nieustraszony bohater :D tylko brak mu niestety peleryny... No ale to zawsze można sobie wyobrazić!
    Jednak dalej mało mi ich razem. Nawet pomimo tych "wspomnień". No i tego, że Chris praktycznie cały czas jest przy Cath. Ja wiem, że ta historia ma się rozwijać powoli. Ja wszystko rozumiem. No ale jednak mogłabyś ich dać więcej, co? :D ja tak ładnie poroszę... Zwłaszcza, że nie wiadomo, jak to będzie z Catherine, jak się obudzi. Bo się obudzi, prawda? Ja innego scenariusza nie przewiduję. Jak się nie obudzi, to się obrażę i tyle xd
    A tak już na poważnie to obawiam się, że coś z nią może być potem nie tak. Nie wiem co, bo od Ciebie nie da rady nic wyciągnąć. Jedynie wykluczyłam sobie kilka opcji, ale to i tak mało xd
    Ja mam nadzieję, że Ty tam masz ten nowy rozdział i go kończysz, co? Za długo w niepewności trzymasz. A potem człowiek o tyk myśli spać po nocach nie może xd
    Więcej naszych zakochanych i będzie idealnie!
    Czekam z niecierpliwością na następny rodział <3
    Somsley

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej!
    Jak wspomniałam, wzięło mnie na nadrabianie, więc nie mogło zabraknąć mnie również tutaj. I to zwłaszcza w sytuacji, w której zapowiadałaś, że kolejna część już się pisze ;>
    Wiesz jak ja uwielbiam te wzmianki o pracy policji, prawda? :D To niby nic, ale moim zdaniem ma bardzo wielkie znaczenie. Widać, że dobrze wiesz o czym piszesz. Nie wzięłaś się za coś, o czym masz pojęcie tylko z marnych seriali i własnych wyobrażeń. Zawsze mnie zraża takie lanie wody, bo może nikt nie zorientuje się, że tak naprawdę w tekście są same bezsensowne kwiatki. Tutaj tak nie jest, a ja jak najbardziej jestem w stanie uwierzyć, że Chris jest policjantem. Wzmianki o broni, jak powinna być przenoszona, kiedy musi się wylegitymować – niby nic, ale ja takie drobiazgi po prostu wielbię.
    Biedna Catherine. Wszystko tak łatwo może się popsuć, a ten mężczyzna… Ech, aż szkoda słow. Dziwię się, że matka jej to robi – jest z kimś takim i pozwala, by ktokolwiek w ten sposób traktował córkę. Alkohol po prostu wyniszcza i to nie tylko tego, który pije, ale również jego otoczenie. Tutaj jakoś nie wątpię w to, że ten facet by ją uderzył, gdyby nie interwencja Christophera. Ich relacja powoli się budowała, a on kolejny raz uratował sąsiadkę. To zdecydowanie było kluczowe i w budowaniu zaufania, i… czegoś więcej.
    Nic dziwnego, że Chris tak bardzo się rozczarował. Porównanie do huśtawki genialne, bo przecież tak właśnie jest – stracić można ot tak, ale cokolwiek stworzyć… Ładnie opisałaś też to, co dzieje się w szpitalu. Scena z przywiezieniem kolejnej pacjentki i wrażenie, że na łóżku jest Catherine – niby nic, ale jednak uderza po emocjach. Tak czy inaczej, podobało mi się.
    Hm, Chris zaczyna prywatne śledztwo, przynajmniej po części… Ciekawe co z tego wyjdzie i czy ten mężczyzna mu pomoże. To naturalne, że policjanta odsuwa się od spraw bliskich, zresztą tak jak i lekarzy – nie bez powodu zresztą, ale nie dziwi mnie, że on chce tak czy inaczej działać. Skoro zna procedury policji i wie, że najpewniej umorzą śledztwo, nic innego mu nie pozostało.
    Weny, kochana. A ja czekam na następny! :3

    Nessa.


    PS. Nie przejmuj się bzdurami na górze C: Tempo jest idealne, a to, że ludzie nauczyli się czytać pseudo opcia, które wyczerpują temat po dwóch notkach, to inna sprawa. Ja wiem, że my już schrzaniłyśmy, bo na tym etapie powinien być ślub i dzieci, ale... xD

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy