Seattle, rok 2003.
Niepewnym
krokiem przeszedł przez podwórze i podszedł do własnoręcznie robionej huśtawki.
Cztery sznurki i gruba deska, lekko nadgryziona zębem czasu, a także przez
korniki. Po latach była zbyt wysoko by ktoś jego wzrostu mógł na niej usiąść
bez pomocy. Gałąź, do której przymocowane były drugie końce mocnych lin,
wyglądała na solidną. Minęło tyle czasu, że stare sznury po prostu wrosły się w
konar. Istniało prawdopodobieństwo, że pod większym ciężarem pękną i ktoś
zrobiłby sobie krzywdę.
Jak
na tę porę roku, pogoda była zadowalająca. Promienie słoneczne przyjemnie
ogrzewały skórę, a niebo ozdabiały białe chmury. Swoim wyglądem przywodziły na
myśl watę cukrową. Jedyne co można było uznać za negatywne, to lekkie podmuchy
wiosennego wiatru, rozwiewające włosy i tworząc przeróżne fryzury, z którymi
człowiek musiał się później męczyć.
Christopher
przesunął palcami po jednym z czterech sznurków, wpatrując się w konstrukcję z
nieufnością i po chwili usiadł pod wielkim dębem, obejmując kolana drobnymi
ramionami.
Nie
podobał mu się nowy dom. Choć dawniej na pewno niejedna osoba zazdrościła
właścicielowi tej posiadłości, tak teraz nikt nie chciałby postawić tam nogi.
Christopher nie rozumiał, dlaczego jego ojciec zdecydował się na ten dom, mając
inne – i zdecydowanie lepsze – oferty. To był jeden z tych domów, którymi
straszy się małe dzieci, gdy nie są posłuszne rodzicom. Był piętrowy i
drewniany, a do tego sprawiał wrażenie jakby miał się zaraz rozpaść. Drewniana
elewacja nadawała się jedynie do wymiany, biała farba odchodziła jak płaty
łupieżu, okna były brudne, chociaż w zasadzie było ich niewiele. Miejscami
zamiast szyb, znajdowały się deski. Kiedyś może i zasłaniały okna w całości,
ale teraz się pokurczyły i pojawiały się dziury, przez które dało się zajrzeć
do środka, a ktoś szczupły mógłby bez problemu wcisnąć tam rękę. Dom stał
bezużyteczny przez co najmniej dwadzieścia lat więc nie było się co dziwić, że
czas go nie oszczędził.
Chłopiec
wpatrywał się w swojego trzydziestoośmioletniego ojca, który przenosił kartony
z wypożyczonego, szarego Mercedesa i stawiał je na ziemi, przed rozsypującym
się budynkiem. Jego tata wierzył, że jeśli włoży się w ten dom mnóstwo pracy,
przywróci mu się dawną świetność i znów będzie przytulnym miejscem. Chris wiedział,
że teraz wszystko będzie inaczej. I choć mieli na razie mieszkać w tej ruderze,
wolał być tutaj niż w Miami.
Istniało
wiele czynników, które uległy zmianie i tylko jeden najważniejszy. I nie
chodziło tutaj bynajmniej o przeprowadzkę z Miami do Seattle. Nie chodziło
nawet o to, że poprzedni dom był inny niż ten. Może i był nieco mniejszy, ale w
przeciwieństwie do „nowego”, był zadbany i nic nie wskazywało na to, że ma
zniknąć wraz z nadejściem silniejszego wiatru. Wszystkie okna znajdowały się na
swoim miejscu, bez chociażby drobinki kurzu, a do tego co roku była malowana
elewacja, nadając budynkowi świeżości. Christopher miał w Miami swój pokój oraz
mnóstwo zabawek, z których zdołał zabrać tylko jeden karton. W obecnym domu
mogli chwilowo pomarzyć o czymś takim jak wygodne łóżku, bieżąca i ciepła woda,
prąd czy ogrzewanie. Ale nawet pomimo tego, chłopiec wolał zostać tutaj niż
wracać.
Najważniejszą
zmianą w życiu dwunastolatka było to, że miał wychowywać się bez matki. Chociaż
mogło wydawać się to dziwne, właśnie dlatego chłopiec wolał tą ruderę od
luksusowego domu w Miami. Nigdy nie czuł się kochany przez kobietę, która go
urodziła. Daleko jej było do miana matki. Była raczej zapracowaną idealistką,
nie widzącą nic poza czubkiem własnego nosa. Syn nic dla niej nie znaczył. Gdy
przychodził do jej gabinetu, by pokazać obrazek, specjalnie dla niej
namalowany, za każdym razem kazała mu się wynosić i zająć czymś pożytecznym.
Wiadomo, że takie słowa są dla dziecka bolesne. Szczególnie, gdy słyszy się je
od matki, którą się naiwnie kocha przez cały czas, chociaż ona wyraźnie nie
zasługiwała na chociażby skrawek tego uczucia.
Jedynie
początkowo udawała troskliwą żonę i matkę w towarzystwie swoich znajomych.
Usilnie chciała pokazać, że ma idealną rodzinę i że jest najlepsza. Właśnie w
takich chwilach, tylko w takich, Christopher był szczęśliwy. Mama w końcu
okazywała mu miłość i poświęcała uwagę. Przecież i tak nie chciał nic więcej,
prawda? James przystawał na tą eskapadę za każdym razem ze względu na radość
syna, chociażby chwilową. A także w głębi siebie wciąż żywił nadzieję, że jego
żona znów stanie się tą cudowną, radosną
i pełną wigoru kobietą, którą przed laty obdarzył wielką miłością. Niestety,
jego nadzieja okazała się płonna.
Jane
Carraway nie była tą kobietą sprzed laty. Może to pieniądze ją zmieniły. W
końcu gdy James ją poznał, była dziewczyną z biednego domu. To on był bogaty.
To dzięki niemu stała się kobietą z wyższych sfer. To za jego pieniądze
otworzyła swój niewielki dom mody, który z czasem się rozrósł. Jego żona stawała
się coraz gorsza, a po jakimś czasie przestała nawet udawać przed znajomymi.
Praca była jej priorytetem, musiała błyszczeć w swojej branży, a mąż i syn byli
jedynie zawadą. Zdradzała swojego małżonka, o czym on doskonale zdawał sobie
sprawę, lecz nigdy nie wydał się z tym, że o wszystkim wie. James znosił swoją
żonę tylko przez wzgląd na jedynego syna, który kochał swoją matkę pomimo jej
bezduszności. Ciągle starał się by obdarzyła go chociażby odrobiną matczynej
czułości. Na tym polu James ciągle miał nadzieję. Wszystko robił dla syna.
Wszystko
runęło, jak domek z kart, gdy Jane podniosła rękę na Christophera. Znosił
wszystkie jej wybryki przez te wszystkie lata. Awantury tak naprawdę bez
konkretnego powodu. Jej wyjazdu bez uprzedzenia, nawet te kilkudniowe, które
zapewne spędzała z którymś ze swoich kochanków. Po czasie to wszystko było do
przyzwyczajenia. Wytrzymywał także to, że potrafiła nad ranem wrócić pijana.
Jednakże z chwilą, gdy uderzyła Chrisa, czara goryczy się przelała. Zapomniał
jedynie sprzątnąć zabawki z korytarza, a ona była skacowana. Jednak tego czynu
n i c nie usprawiedliwiało. Nie była kobietą, którą można szanować. Była obcą
osobą, której nie chciał znać i nie chciał mieć z nią już nic wspólnego.
Czy
naprawdę możemy poznać drugiego człowieka?
Kupił
dwa bilety, spakował co najpotrzebniejsze i przyleciał z synem do Seattle.
Odseparowanie go od Jane było najlepszym posunięciem i żałował, że tak długo
był głupi. Nie poinformował żony, że się wyprowadza, bo i tak nie było jej w
domu. Poza tym i tak by jej to nie obeszło. Ba! Na pewno się ucieszyła, że
będzie miała święty spokój. Był jedynie ciekaw, czy tak samo będzie zadowolona
jak zobaczy, że nie ma dostępu do żadnego z jego kont. Pozmieniał wszystkie
hasła. Miał do tego prawo. Za kilka dni jego żona miała dostać kolejny prezent
– papiery rozwodowe.
Może
dom, który kupił nie był idealny, ale na pewno będzie można go nazwać „domem”,
gdy przejdzie remont. Miał zamiar znaleźć najlepszą ekipę, która zajmie się tym
jak najszybciej. Zamierzał zapewnić synowi normalne życie, bez kłótni i trzasku
tłuczonych talerzy. Wiedział, że Christopher nie jest taki, jak jego
rówieśnicy. Był cichy i spokojny. Niepewnie i z rezerwą podchodził do
wszystkiego co nowe.
James
mógł wcześniej to wszystko zakończyć. Jego postępowanie było złe i wszystko
trwało zbyt długo, ale czasu się już nie cofnie. Jedyne co mógł zrobić w obecnej
sytuacji to wynagrodzić Christopherowi wszystkie te lata. Może nie był idealnym
ojcem, ale miał w planach starać się być jak najlepszy. Pierwszym miejscem na
jego liście było zapewnienie małemu odpowiedniego domu. Miejsca, gdzie będzie
czuł się bezpiecznie i które będzie jego opoką. Bo dom, to nie tylko budynek.
To również rodzina, poczucie przynależności i szczęścia.
Jak
to było we fragmencie Śmierć najmity;
dom jest miejscem, gdzie jeśli musisz wejść, muszą cię tam przyjąć. W starym
domu nie był zbyt mile widziany przez własną matkę. Ale drzwi tego domu, zawsze
będą stały przed nim otworem, bez względu na wszelkie okoliczności.
Chłopiec
nie podchodził już z dziecięcą pasją do żadnego z wykonywanych przez siebie
zadań. Jane to uczucie w nim wypaliła. Gdy biegł do niej z rysunkiem, bądź
jakąś przedziwną konstrukcją, która swoim wyglądem nie przypominała niczego
znajomego, kobieta zawsze go krytykowała i nazywała nieudacznikiem. Dostawał od
niej burę, po której wracał smutny do swojego pokoju, a rysunek bądź budowlę
wyrzucał do kosza.
Trzydziestoośmiolatek
czuł, że prędko sobie tego nie wybaczy – jeżeli w ogóle nastąpi taki dzień.
Zawalił na całej linii i naprawianie szkód, to jedyne co mu pozostało. Poza
tym, w przeciwieństwie do swojej żony, niedługo już byłej, naprawdę kochał
swojego syna i chciał jego szczęścia. Wiedział, że Christopher jest nieufny
wobec wszystkiego, przez swoją matkę. I, nie oszukujmy się, również przez
niego.
Ale
to już koniec. Nie będzie roztrząsania przeszłości, a jedynie praca na nową,
lepszą przyszłość.
W
momencie gdy wyjął ostatni karton, spojrzał na swojego syna, który odrywał
źdźbła trawy. Znów poczuł ukłucie winy, które go przewiercało od środka, niczym
jad. Przedostawał się do każdej komórki, każdego nerwu. Christopher był podobny
do niego, ale oczy oddziedziczył po matce. Błękitne, potrafiące przeszyć
człowieka na wskroś. Gdy się w nie patrzyło, miał się wrażenie, że właśnie
czyta z ciebie jak z otwartej księgi i żadna tajemnica nie pozostaje już
tajemnicą. James żywił naprawdę głęboką nadzieję, że tylko to odziedziczył po
swojej matce.
Napotkał
spojrzenie ojca i jego drobne ramiona wyraźnie zesztywniały. Wiedział, że jego
tata nie jest zły. Jednak o swojej matce też tak przecież myślał, czyż nie?
Tylko, że ona od zawsze pokazywała, że jest dla niej niczym. A tata zawsze
trzymał jego stronę. Jemu podobały się jego rysunki. Razem z nim budował wierzę
z klocków, która w końcu osiągnęła monstrualną wysokość i się rozpadła. Gdy
chciał prosić o coś matkę, zawsze było tak samo.
-
Czego znowu chcesz, gówniarzu? – pytała za każdym razem, gdy tylko wchodził do
jej pokoju. I za każdym razem patrzyła się na niego tymi błękitnymi, pięknymi
oczami, przesyconymi złością. – Nie potrafisz zrozumieć, że nie chcę cię
widzieć? Zejdź mi z oczu.
Taką
regułkę wygłaszała zazwyczaj, gdy przekraczał próg, bo chciał tylko spędzić
chwilę z mamą. Czasami dodawała także:
-
Żałuje, że cię urodziłam. Mogłam zrobić aborcję. Albo oddać cię do adopcji.
Wyrzucić do śmietnika. Cokolwiek. Ale musiałam posłuchać twojego głupiego ojca.
Zmarnowałeś mi życie, gówniarzu. I on zresztą też.
Gdy
był młodszy, nie bardzo rozumiał znaczenie tych słów. Chodził wtedy do taty –
jeśli był w domu. Mówił, że mama miała zły dzień i jej słowa to nic takiego.
Powiedziała tak, bo była zdenerwowana. A on mu wierzył, bo był naiwny. Teraz
doskonale wiedział dlaczego mówiła to wszystko. Tu samopoczucie nie miało nic
wspólnego. Ona po prostu naprawdę go nie kochała i sam jego widok napawał ją
niechęcią. Cały czas mówiła mu prawdę, a on był zbyt głupi i młody, by móc to
wszystko zrozumieć.
Nie
każdy człowiek dorasta do tego, by być rodzicem. Nie każdy potrafi wywiązać się
z tego obowiązku i chronić swoje dziecko czy zapewnić mu należyte szczęście. W
końcu jest tylko dzieckiem. Niewinnym stworzeniem. Czym więc zasłużyło sobie na
to, by cierpieć z powodu innych? Z powodu ich głupoty, egoizmu i egocentryzmu?
Tak nie powinno być. Dzieci nie powinny nosić jeszcze takiego ciężaru. Powinny
czerpać z życia garściami i być radosne. Biegać po podwórku, bawić się z
rówieśnikami i przejmować takimi błahymi sprawami, jak przebita opona w
rowerze, bądź połamana deskorolka.
Nie,
dwunastolatek nie powinien się przejmować tym, że jedno z rodziców go nie
kocha. A jednak Chris musiał nosić na sobie to brzemię, które na pewno w jakiś
sposób będzie go kształtowało. To co się wydarzyło, nie pozostawi chłopca
nienaruszonego. Pozostawiło po sobie ranę, która jeszcze jest świeża i otwarta.
Potrzeba czasu, by się zasklepiła. Jednak blizna pozostanie na zawsze. Dzięki odpowiednim
ludziom, będzie mogła być mniej dotkliwa. A może wręcz przeciwnie – może znów
się otworzy i zacznie obficie krwawić.
James
w końcu podszedł do syna i kucnął przed nim, opierając ręce na kolanach.
-
Wiem mały, że to nie jest szczyt marzeń, ale jakoś to uporządkujemy, wiesz? –
Posłał chłopcu delikatny uśmiech. – Będziemy tu żyli tylko we dwójkę. Chcesz sobie
wybrać pokój? Możesz mieć ten z balkonem. Potrzebuję twojej pomocy, Chris. Mogę
na ciebie liczyć? – zapytał.
-
Tak, tato – odparł cicho, tonem wystraszonego dziecka.
~*~
Jane
Carraway tymczasowo zniknęła z życia Christophera. Nie widział jej od kilku
miesięcy, czyli od dnia gdy odważyła się unieść na niego rękę. Podczas całego
pobytu w Seattle ani razu nie rozmawiał o niej z ojcem, jakby ktoś taki w ogóle
nie istniał. Była niczym chwast, który wyrwali wraz z korzeniami i wyrzucili ze
swojego życia. Niestety, chwasty lubiły odrastać bez względu na środki jakie
stosowaliśmy, by się ich pozbyć. W tym przypadku również mogło tak być.
Każdego
dnia po powrocie ze szkoły siadał przed wielkim dębem. To było jego miejsce,
jego azyl. Często rozmyślał nad tym, jakby to było mieć normalną rodzinę, a
przede wszystkim kochającą matkę. Jednak to dziecięce wyobrażenie na zawsze
miało pozostać jedynie marzeniem, niespełnionym marzeniem.
Cieszył
się, że mieszkają w Seattle, z dala od Jane. Oczywiste było to, że chciałby
mieć mamę – które dziecko by nie chciało? Ale chciałby prawdziwą mamę, która
czytałaby mu bajki na dobranoc i siedziałaby przy nim gdyby miał gorączkę. To
było dla niego niemożliwe, dlatego wolał żyć bez matki, niż mieszkać pod jednym
dachem z kobietą, która nim gardziła i nigdy go nie kochała. Nie musiał słuchać
wyzwisk w swoim kierunku i nikt nie patrzył na niego wzgardzonym spojrzeniem.
Czy
to nie tak samo jest z przyjaźnią? Lepiej mieć jednego i wiernego przyjaciela,
a nie kilku fałszywych, którzy wbiją ci nóż w plecy przy najbliższej okazji.
Jeżeli
chodziło o przyjaciół, Christopher nie bardzo mógł wypowiedzieć się na ten
temat. W szkole trzymał się na uboczu, ze względu na swoją nieufność. W
pierwszych dniach czuł się jak eksponat w muzeum. Wszyscy mu się przyglądali,
bo był chłopcem z wielkiego miasta. W takich małych szkołach jak ta, do której
zapisał go ojciec, nowi uczniowie byli prawdziwą sensacją. Niektórzy
podchodzili do niego, by porozmawiać, ale szybko się wycofywali widząc niechęć
z jego strony.
W
szkołach zbijały się grupy osób, klasyfikowanych wedle szczebelków hierarchii.
Wiadomo, że najwyżej stawali ci, którzy mieli pieniądze. Albo raczej ich
rodzice mieli. Chris szybko zdał sobie sprawę, że niektóre z grup stosowali
zasadę: Żyjesz z nami lub przeciw nam.
Nie było niczego pomiędzy tymi dwiema opcjami.
Nate
Knight, syn prawnika, przewodniczył paczce złożonej z samych chłopaków. Nikt
nie odważył się im przeciwstawić, a niektórzy się ich bali, co wydawało się po
prostu śmieszne. Nate zaproponował Christopherowi dołączenie do ich kręgu, jako
iż był nowy i to była dla niego szansa, którą odrzucił. W ten oto sposób dla
Knighta i jego kolegów stał się kimś gorszym i słabszym. Pokazali mu, co znaczy
żyć „przeciw nim”.
Zdaniem
młodego Carrawaya, uprzykrzali życie słabszym od siebie tylko dlatego, by w ten
sposób dowartościowywać samych siebie. Jego wyznaczyli sobie jako kolejną
ofiarę. Nie wiedzieli, że tym samym popełnili błąd. Nie mieli do czynienia z
ofermą, która da sobą pomiatać i traktować jak śmiecia. Christopher już przez
coś podobnego przechodził. Tyle, że wtedy był ofiarą swojej matki. I nie
zamierzał dopuścić do tego, by można było użyć w jego przypadku sformułowania: Historia lubi się powtarzać.
Już
nigdy na to nie pozwoli.
~*~
Kilka lat później.
Po
chłopcu, który pozwalał sobą manipulować, nie było już śladu. Dorósł. Dotrzymał
danego sobie słowa i już nikt nigdy nie uczynił z niego ofiary. Nie dał sobą
pomiatać. Stał się silnym, pewnym siebie mężczyzną.
Życie
było dla niego najsurowszym z nauczycieli, a przeszłość lekcjami, które miał
zapamiętać do końca swojego życia. Nie miał lekko lecz nie żałował niczego, co
go spotkało. Najwyraźniej był po temu jakiś cel. Przecież nic nie dzieje się
bez powodu. Nie był szczęśliwy, ale też nie cierpiał. Przez cały czas trzymał
swoje uczucia na poziomie umiarkowanym, bo czuł, że tak jest najlepiej.
Był
to dzień jak każdy inny. Z samego rana wypił kawę, co stało się dla niego już
rutyną. Zamienił kilka słów z ojcem i wracał na górę, by przyszykować się do
pracy. Ot, zwykły dzień, tak samo jak poprzedni. Nie podejrzewał nawet, że ta doba nie będzie taka sama. Nie spodziewał się, że za kilka chwil jego życie wywróci się do góry nogami.
Nie będę się tu długo rozwodziła, bo tu nie o to chodzi. Chciałam przede wszystkim podziękować za komentarze pod prologiem. Naprawdę dziękuję! :3 Jest rozdział 1, a ja nadal mam obawy, co zapewne jest zrozumiałe. Nadal nie wiem czy wszystko wyjdzie tak, jak to planuję, ale będę się starała! Opinię co do rozdziału pozostawiam wam, bo kto umie siebie obiektywnie oceniać? Ja na pewno nie umiem.
Nie obiecuję, że rozdziały będą się pojawiały regularnie, bo nie mogę tego zrobić – niestety. Ostatnio wena się na mnie troszkę obraziła, a i z czasem może różnie być. O reszcie nie będę wspominała.
Nie obiecuję, że rozdziały będą się pojawiały regularnie, bo nie mogę tego zrobić – niestety. Ostatnio wena się na mnie troszkę obraziła, a i z czasem może różnie być. O reszcie nie będę wspominała.
Pozdrawiam,
Mrs.Cross!
